Bitwa. Jest 10 maja 2008 r., godz. 17.15, okolice Boryszyna, piękny słoneczny
dzień. Nagle na horyzoncie pojawia się oddział zwiadowczy. Radzieccy motocykliści,
brawurowo wjeżdżają na równinę i ostrzeliwują samochód Oberleutnanta. Widząc
swojego dowódcę w opałach, żołnierze Wehrmachtu natychmiast wkraczają do akcji.
Na Sowietów spada grad pocisków, zmuszając ich do odwrotu. Porucznik jest
bezpieczny, ale wie, że to wcale nie koniec starcia, w oddali widać już bowiem
powiewającą na wietrze radziecką flagę.
Okazuje się, że Rosjan jest więcej i właśnie rozpoczynają natarcie. Oberleutnant
szybko wykrzykuje rozkazy, ale jest już za późno. Niemieckie okopy rozrywa seria
wybuchów. Jeden z żołnierzy ginie wysadzony w powietrze. Pole walki pokrywa
gęsty dym. Panika i strach wygrywają z determinacją. Z jednej i z drugiej strony
lecą granaty. Nikt nie szczędzi pocisków. Wiadomo, że z tej potyczki żywa
wyjdzie tylko jedna armia.
Niemiecki dowódca zachowując resztki zimnej krwi, do boju wysyła oddział
szturmowy. Jak spod ziemi wyjeżdża transporter opancerzony, ostrzeliwując
atakujących karabinem maszynowym. Przez chwile wydaje się, że Niemcy będą
triumfować, ale nagle na pojazd spada pocisk. Z zadymionego wozu wypadają
duszący się żołnierze i natychmiast giną od kul. Sowieci wyczuwają, że nic już
teraz nie odbierze im zwycięstwa. Pada rozkaz: zdobyć okopy. Nie zważając na
niemiecki ostrzał, Rosjanie wskakują do niemieckich umocnień. Wywiązuje się
walka wręcz. Los obrońców jest już przesądzony. Jedni giną, inni trafiają do
niewoli.
To na szczęście tylko inscenizacja, ale jak przekonują jej twórcy, na przełomie
stycznia i lutego 1945 r. taka bitwa w okolicach Boryszyna mogła mieć miejsce.
To tutaj bowiem znajduje się jedna z najdłuższych w Europie podziemnych
fortyfikacji. Korytarze łącznie mają tu ponad 30 km (w całym województwie prawie
100 km), a jak głosi boryszyńska legenda, ich budowy doglądał sam Hitler.
Po bitwie. Kiedy opadł pierwszy bitewny kurz, rozpoczęły się rozmowy i pozowanie do
wspólnych, pamiątkowych zdjęć. To też jedna z atrakcji zlotu. Podczas tych
krótkich chwil można przyjrzeć się dawnemu uzbrojeniu i pojazdom z okresu
drugiej wojny światowej, a także mundurom z epoki - to już przecież historia.
Organizatorzy inscenizacji, w wyniku zeszłorocznych doświadczeń postanowili
bardziej wstrzemięźliwie kreować kontakty z mediami. Po imprezie w 2007 roku w
prasie ukazały się artykuły krytycznie odnoszące się do inscenizacji
batalistycznej i do występów w mundurach żołnierzy Wermachtu. [
zobacz - FORUM ] Rok temu media
ochrzciły imprezę jako propagującą nazizm, a wcale tak nie jest - tłumaczył
Sebastian Draga, rzecznik prasowy LTRH, a także główny reżyser walk, który
odgrywał rolę rosyjskiego dowódcy. Na co dzień jest oficerem marynarki wojennej,
zabawa w rekonstrukcje to tylko jego hobby. Kosztowne hobby trzeba dodać, bo
mundur żołnierza z tamtych czasów kosztował go 500 zł. - Za niemiecki musiałbym
zapłacić ponad 2 tys. - śmieje się Draga i dodaje - Ale za Niemca nigdy bym się
nie przebrał, taką mam zasadę.
W inscenizacji, jako aktorzy odgrywający rolę żołnierzy biorą
udział - całe rodziny. Tak jest w przypadku Krzysztofa Daszyńskiego ze Stowarzyszenia
Miłośników Rekonstrukcji Historycznej, który odgrywał rolę Oberleutnanta.
Okazuje się, że w samochodzie, którym uciekał przed motocyklistami, obok niego
siedziała także żona i córka, przebrane za sanitariuszki, a w okopach rolę
szeregowca odgrywał jego syn. Daszyński jest prezesem grupy "Żelazny Orzeł",
która skupia kilka rodzin i od 5 lat zajmuje się odgrywaniem podobnych scen. Na
co dzień pracuje w Warszawie, w Boryszynie był po raz pierwszy.
W tegorocznej inscenizacji Krzysztof Daszyński wycofywał punkt medyczny z
zagrożonej pozycji z pierwszej linii okopów do drugiej i dawał
rozkaz do odsieczy. Jak mówi, prosto z Boryszyna jedzie
odgrywać podobną inscenizację w pobliżu Tomaszowa Mazowieckiego. Kolejną w
przyszły weekend i tak już do końca czerwca. Wcześniej jako niemiecki oficer
zagrał kilka epizodów w "Twierdzy szyfrów" Wołoszańskiego, zagrał też w kilku
polskich filmach dokumentalnych. Zapytany o motywy i ideę przedstawienia, odpowiada: -
To dla nas przede wszystkim weekendowe hobby i pasja rodzinna. Widzowie powinni
na to patrzeć jako na przedstawienie teatralne, które odbywa się w plenerze i
jest dobrą lekcją żywej historii.
| |
Zlot to świetna promocja regionu!
Eugeniusz Chamarczuk, wójt gminy Lubrza: - To jest impreza, która
nas wyróżnia w całym regionie. Organizujemy ją, żeby pokazać
największe walory turystyczne nie tylko powiatu świebodzińskiego,
ale całego województwa, bo jedyny porównywalny układ forteczny jest
tylko we Francji. Przedsięwzięcie jest kosztowne, ale myślę, że
warto co roku je powtarzać, bo dzięki temu zwracamy na siebie uwagę
turystów i stajemy się identyfikowalni nie tylko w Polsce, ale i w
Europie. Chcemy, żeby fortyfikacje połączyły nas, a nie podzieliły z
gminą Międzyrzecz, dlatego chcemy promować je jako wspólny produkt
turystyczny. Mamy już nawet projekt "Bunkry, woda, nietoperze",
stawiamy więc nie tylko na militaria, ale promujemy dodatkowo
rezerwat nietoperzy i noc nenufarów. |
|
|
Jak to jest w Grodzie Międzyrzecz? [
zobacz ]
Aktywność działaczy i rozmach imprez organizowanych w Gminie Lubrza, mogą
być wzorem dla gmin ościennych, również dla Gminy Międzyrzecz. O imprezie w
Boryszynie słychać w całym kraju. Na zlot przyjeżdżają miłośnicy militariów z
całej niemal Europy. O tym wydarzeniu potem się pisze i ją komentuje.
Przedsięwzięcie wprawdzie kosztowne ale jego poziom z roku na rok wzrasta.
Turyści i miłośnicy zlotu przyjeżdżając na tą imprezę mają już z góry
gwarantowaną jakość i wiedzą, że w Boryszynie świetnie mogą spędzić czas. Jest
to istotny fakt - to ta gwarancja jakości powoduje, że ludzie chcą co roku
przyjechać w to miejsce. Czego brakuje w Gminie Międzyrzecz? Co powoduje, że tu tak ciężko jest
wypromować cykliczną - na wysokim poziomie imprezę? Czy to brak ciekawych
terenów i atrakcyjnych turystycznie miejsc? Może w gminie nie ma potencjału,
a może brak jest pieniędzy? Rajd Karabanowa mógłby być pomysłem świetnego
turystycznego przedsięwzięcia. Niestety źle dobrany termin imprezy
dyskwalifikuje ją niejako na starcie. Pora roku - pogoda, to czynniki, które są
bardzo istotne, kto tego nie rozumie w efekcie skazuje się na niepowodzenie.
Czasami warto odejść od zgodności terminów i historycznych dat, w kierunku
zapewnienia masowości imprezy, bo wtedy zainteresowanie będzie duże i co by tu
nie mówić na takiej zabawie można też wtedy zarobić.
[ Co o tym sądzisz? - FORUM -
klik ]
| |
 |
|
|